Zmienna temperatura otoczenia i kilka deszczowych dni zrobiły swoje: w lasach i na łąkach widać wysyp różnorodnych gatunków. Wraz z sezonem odnotowano pierwsze zatrucia. Warto rozdzielić dwie sprawy, bo grzybiarz radzi sobie z nimi zupełnie inaczej. Pierwsza to pomyłka przy oznaczaniu. Druga dotyczy grzybów jadalnych, prawidłowo rozpoznanych, którym szkodzi miejsce zbioru albo sposób transportu.
Kiedy problemem jest sam gatunek
Cztery zasady ograniczają ryzyko pomyłki:
- Do koszyka trafiają wyłącznie gatunki znane, co do których nie ma żadnych wątpliwości.
- Jeśli wątpliwość się pojawi, grzyba można pokazać w stacji sanitarno-epidemiologicznej i skorzystać z porady.
- Zbieramy okazy dojrzałe i dobrze wyrośnięte. Młode owocniki nie mają jeszcze wykształconych cech gatunkowych, a pomyłka na tym etapie bywa tragiczna w skutkach.
- Niedoświadczeni grzybiarze powinni omijać grzyby blaszkowe — to wśród nich występują te najbardziej trujące.
Kiedy gatunek jest dobry, a i tak jest źle
Tu rozpoznanie już nie pomoże. Liczy się to, gdzie grzyb rósł i w czym go niesiemy.
- Foliowa reklamówka to zagrożenie regularnie pomijane. Zbiór do niej może spowodować zatrucie już na starcie.
- Odpada zbieranie przy wysypiskach śmieci, w sąsiedztwie zakładów przemysłowych oraz w przydrożnych rowach przy drogach o dużym natężeniu ruchu samochodowego.
Wariant bez lasu
Żadne z tych zagrożeń nie dotyczy grzybów wyhodowanych w domu. Gotowe zestawy do uprawy dostępne na rynku sprowadzają całą pracę do podlewania, a czasem wyłącznie do obserwowania, jak owocniki się rozwijają. W ofercie MykoGo w ten sposób prowadzi się pieczarki, boczniaki, shii-take, czubajkę kanię i jeszcze kilkanaście innych gatunków.

